„Mam szczęście, bo ciągle żyję” – mówi Krzysztof Wielicki, światowej klasy wspinacz, który jako piąty człowiek na świecie i drugi Polak zdobył koronę Himalajów i Karakorum.
Podczas spotkania w Centrum Aktywności Społecznej Katolik, które miało miejsce w środę 10 grudnia, publiczność poznała fantastycznego, dowcipnego gawędziarza, który ze swadą, sypiąc anegdotami, opowiadał o swojej oraz koleżanek i kolegów drodze na szczyty. Nim Krzysztof Wielicki ruszył w najwyższe góry świata, uczył się od najlepszych.
– Miałem świetnych w instruktorów. Pierwszym była Wanda Rutkiewicz. Kochał się w niej cały klub. Ona niestety nie kochała nikogo. To była mocna kobieta. Facet odpuści, kobieta nie, a Wanda nigdy. Nasze szkolenia nie były komercyjne. Żeby się wspinać, należało należeć do klubu wysokogórskiego. Wszystkie wyjazdy klub organizował. Budowaliśmy tam zespół, partnerstwo, przyjaźnie. Myśmy doświadczenie zdobywali bardzo powoli. Były komisje sportowe i one decydowały, kto z klubu może uczestniczyć w wyprawie. Trzeba było się pochwalić jakimiś wynikami i dopiero wtedy można byłoby jechać do Nepalu. Czekałem na to 9 lat. Dzisiaj ludzie jadą w Himalaje, a nie byli w Tatrach – mówił Krzysztof Wielicki o swoich początkach.
– Między 1950 a 64 rokiem zdobyto wszystkie szczyty ośmiotysięczne bez Polaków. Starsi koledzy myśleli jak zapisać się w historii, kiedy wszystko w zdobyte? Wtedy ktoś wpadł na pomysł, że zimą nikt się jeszcze nie wspinał. Polacy pierwsi otrzymali zezwolenie na taką działalność. Ja tam pojechałem z rezerwy – mówił wspinacz o kolejnym wyzwaniu, jakie sobie postawili himalaiści z polskiej ekipy.
Prelekcja Krzysztofa Wielickiego „Przegrana bitwa to nie przegrana wojna, walka o K2” obfitowała w mrożące krew w żyłach historie, w których jej bohaterowie niejednokrotnie znajdowali się na granicy życia i śmierci. Co ludzi gna w te ogromne góry? Czemu ryzykują życiem i zdrowiem, żeby się wspinać, żeby być przed innymi? Sukces, sława, pieniądze?
Te ostatnie raczej nie, oni pracują, żeby je wydawać na wyprawy. Wśród wspinaczy nie ma bogaczy. Zarabiają, pracując fizycznie na wysokościach czy wydając książki, ale to nie są szczególnie dochodowe zajęcia. Sukces, owszem, chociaż bywa kosztowny. Nawet jeśli uda się przeżyć, to można odmrozić sobie twarz, ręce, nogi i stracić palce, na przykład. Sława szybko przemija, tylko osoby interesujące się tym ekstremalnym sportem znają najważniejsze osiągnięcia swoich idoli.
– Alpinizm to głównie emocje. W kilka minut można przeżyć tyle, ile na dole nie przeżyje się przez całe życie – mówi Krzysztof Wielicki. Większości z nas, którzy najwyżej wjechali kolejką na Kasprowy, pozostaje uwierzyć na słowo, chyba, że…
Krzysztof Wielicki wszedł na 14 najwyższych szczytów Himalajów i Karakorum. Koronę kompletował w latach 1980-1996. Jest pierwszym zimowym zdobywcą Mount Everestu wspólnie z Leszkiem Cichym w 1980 roku, Kanczendzongi z Jerzym Kukuczką w 1986 i Lhotse w 1988. Na szczyt tej ostatniej góry wspinał się w gorsecie, który nosił po uszkodzeniu kręgosłupa. W wyprawach na K2 brał udział czterokrotnie. Szczyt, jako ostatni z ośmiotysięczników został zdobyty dopiero zimą dopiero w 2021 roku przez Nepalczyków.
Spotkanie z Krzysztofem Wielickim zawdzięczamy pracownikom i dyrektorowi Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej w Rypinie, która obchodzi w tym roku 80-lecie. Podczas wydarzenia w Katoliku został pokazany również film zrealizowany przez uczestników warsztatów animacji poklatkowej oraz drugi, autorstwa Wawrzyńca Turowskiego, będący prezentacją rypińskiej książnicy i wydarzeń przez nią organizowanych.
Tekst i fot. (jd)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze opinie