Reklama

Wielkanoc na ziemi dobrzyńskiej w XIX wieku

Tygodnik CRY
16/04/2026 11:01

Za nami Wielkanoc, którą większość naszych rodaków świętuje w domu z rodziną, przy jajeczku i sałatce jarzynowej, przy żurku i babce drożdżowej. W końcu to tradycja i należy ją kultywować, takie jest powszechne przekonanie. Niespecjalnie przywiązani do świątecznych zwyczajów wyjeżdżają, żeby odpocząć korzystając z dodatkowego wolnego dnia. A jak wyglądała Wielkanoc na wsi dobrzyńskiej 150 lat temu?

W 1878 roku ukazała się publikacja autorstwa etnografa Aleksandra Petrówa „Lud Ziemi Dobrzyńskiej, jego zwyczaje, mowa, obrzędy, pieśni, zagadki, przysłowia itp.”. W książce jest fragment poświęcony wiosennemu świętu: „‎Na‎ ‎Wielkanoc‎ ‎najuboższy‎ ‎nawet‎ ‎kmieć‎ ‎uważa‎ ‎niejako‎ ‎za‎ ‎obowiązek‎ ‎mieć‎ ‎kiełbasę,‎ ‎ser,‎ ‎babkę‎ ‎i‎ ‎jaja.‎ ‎Głowiznę‎ ‎lub‎ ‎prosię‎ ‎koniecznie‎ ‎zdobią‎ ‎jajkiem,‎ ‎które‎ ‎wkładają‎ ‎do‎ ‎pyska;‎ ‎w‎ ‎braku‎ ‎głowizny‎ ‎lub‎ ‎prosięcia‎ ‎obkładają‎ ‎jakiekolwiek‎ ‎mięso‎ ‎jajkami.‎ ‎W‎ ‎baby i‎ ‎mięso‎ ‎wtykają‎ ‎gałązki‎ ‎ze‎ ‎świeżych‎ ‎borówek. Jaja‎ ‎zwykle‎ ‎są‎ ‎farbowane‎ ‎na‎ ‎żółty,‎ ‎czerwony‎ ‎albo‎ ‎zielony‎ ‎kolor,‎ ‎a‎ ‎niekiedy‎ ‎wcale‎ ‎ich‎ ‎nie‎ ‎farbują.‎ ‎W‎ ‎naszych‎ ‎stronach‎ ‎inaczej‎ ‎farbowanych‎ ‎nie‎ ‎widziałem‎. ‎Farbują‎ ‎na‎ ‎żółto‎ ‎w‎ ‎wywarze‎ ‎z‎ ‎łupin‎ ‎cebulowych,‎ ‎zaś‎ ‎na‎ ‎zielono‎ ‎w‎ ‎żytniej‎ ‎runi. Kolor‎ ‎jaj,‎ ‎sądzę,‎ ‎nie‎ ‎jest‎ ‎przypadkowym:‎ ‎przypomina‎ ‎on‎ ‎kolor‎ ‎słońca,‎ ‎albo‎ ‎podniebia.‎ ‎Dzieci‎ ‎i‎ ‎dorośli‎ ‎biją‎ ‎jajka‎ ‎jedno‎ ‎o‎ ‎drugie;‎ ‎którego‎ ‎zostaje‎ ‎całe,‎ ‎ten‎ ‎dostaje‎ ‎i‎ ‎stłuczone.‎ ‎Kulają‎ ‎także‎ ‎jajka po‎ ‎ziemi,‎ ‎bawiąc‎ ‎się. W‎ ‎biciu‎ ‎jaj‎ ‎widzę‎ ‎symbol‎ ‎ziemi‎ ‎wykluwającej‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎zimowej‎ ‎obsłony.‎ ‎Z‎ ‎jaja‎ ‎bierze‎ ‎wszechświat‎ ‎początek” – pisał Aleksander Petrów półtora wieku temu.

Drugi dzień świąt wielkanocnych to śmigus-dyngus czyli lany poniedziałek: „Na‎ ‎drugi‎ ‎dzień‎ ‎wielkanocny‎ ‎chłopcy‎ ‎i‎ ‎dorośli‎ ‎mężczyźni‎ ‎chodzą za‎ ‎śmigusem‎ ‎po‎ ‎dyngusie.‎ ‎Oblewają‎ ‎wodą,‎ ‎biją‎ ‎rózgami‎ ‎po‎ ‎nogach‎ ‎i‎ ‎ręku,‎ ‎i‎ ‎mówią‎ ‎przytem‎ ‎przemówki‎ ‎czyli‎ ‎oraeyje (…). Jak‎ ‎słoneczne‎ ‎promienie‎ ‎spadając‎ ‎na‎ ‎ziemię,‎ ‎działają‎ ‎ożywczo‎ ‎na‎ ‎nią tak‎ ‎zapewne‎ ‎i‎ ‎uderzanie‎ ‎rózgą‎ ‎ma‎ ‎wywołać‎ ‎ten‎ ‎sam‎ ‎skutek,‎ ‎albo‎ ‎tylko‎ ‎ma‎ ‎na‎ ‎celu‎ ‎upostaciować‎ ‎to,‎ ‎co‎ ‎się‎ ‎dzieje‎ ‎w‎ ‎przyrodzie. Na‎ ‎trzeci‎ ‎dzień‎ ‎chodzą‎ ‎dziewczęta‎ ‎i‎ ‎kobiety,‎ ‎robiąc‎ ‎to‎ ‎samo, lecz‎ ‎czas‎ ‎ich‎ ‎chodzenia‎ ‎jest‎ ‎nader‎ ‎krótki,‎ ‎bo‎ ‎trwa‎ ‎dopóty,‎ ‎dopóki świnie‎ ‎z‎ ‎chlewa‎ ‎nie‎ ‎wyłażą;‎ ‎tymczasem‎ ‎mężczyźni‎ ‎chodzić‎ ‎mogą‎ ‎cały‎ ‎rok” – relacjonował etnograf.

Reklama

Jaka była treść owych oraeyjów czyli przymówek? Oto przykłady:

„Małe‎ ‎my‎ ‎dziatki
Zbieramy‎ ‎kwiatki,
Po‎ ‎wsi‎ ‎roznosimy,
O‎ ‎dyngus‎ ‎prosimy.

 

Nie‎ ‎proszę‎ ‎o‎ ‎kozę,
Bo‎ ‎jej‎ ‎w‎ ‎torbę‎ ‎nie‎ ‎włożę,
Tylko‎ ‎o‎ ‎kiełbasę,
Co‎ ‎się‎ ‎nią‎ ‎trzy‎ ‎razy‎ ‎opasze.”

 

Oblewanie wodą przetrwało do dziś, najczęściej w miastach. Grupy nastolatków ganiają z wiadrami wody i oblewają kogo popadnie. To już nie jest kultywowanie tradycji, tylko chuligaństwo zagrożonym grzywną od 20 zł do 5 tysięcy. W cytowanych fragmentach zachowaliśmy oryginalna pisownię, nawet wówczas, gdy nie zgadzała się z zasadami współczesnej ortografii.

Reklama

Tekst i fot. (jd)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Rypin-cry.pl




Reklama