Za nami Wielkanoc, którą większość naszych rodaków świętuje w domu z rodziną, przy jajeczku i sałatce jarzynowej, przy żurku i babce drożdżowej. W końcu to tradycja i należy ją kultywować, takie jest powszechne przekonanie. Niespecjalnie przywiązani do świątecznych zwyczajów wyjeżdżają, żeby odpocząć korzystając z dodatkowego wolnego dnia. A jak wyglądała Wielkanoc na wsi dobrzyńskiej 150 lat temu?
W 1878 roku ukazała się publikacja autorstwa etnografa Aleksandra Petrówa „Lud Ziemi Dobrzyńskiej, jego zwyczaje, mowa, obrzędy, pieśni, zagadki, przysłowia itp.”. W książce jest fragment poświęcony wiosennemu świętu: „Na Wielkanoc najuboższy nawet kmieć uważa niejako za obowiązek mieć kiełbasę, ser, babkę i jaja. Głowiznę lub prosię koniecznie zdobią jajkiem, które wkładają do pyska; w braku głowizny lub prosięcia obkładają jakiekolwiek mięso jajkami. W baby i mięso wtykają gałązki ze świeżych borówek. Jaja zwykle są farbowane na żółty, czerwony albo zielony kolor, a niekiedy wcale ich nie farbują. W naszych stronach inaczej farbowanych nie widziałem. Farbują na żółto w wywarze z łupin cebulowych, zaś na zielono w żytniej runi. Kolor jaj, sądzę, nie jest przypadkowym: przypomina on kolor słońca, albo podniebia. Dzieci i dorośli biją jajka jedno o drugie; którego zostaje całe, ten dostaje i stłuczone. Kulają także jajka po ziemi, bawiąc się. W biciu jaj widzę symbol ziemi wykluwającej się z zimowej obsłony. Z jaja bierze wszechświat początek” – pisał Aleksander Petrów półtora wieku temu.
Drugi dzień świąt wielkanocnych to śmigus-dyngus czyli lany poniedziałek: „Na drugi dzień wielkanocny chłopcy i dorośli mężczyźni chodzą za śmigusem po dyngusie. Oblewają wodą, biją rózgami po nogach i ręku, i mówią przytem przemówki czyli oraeyje (…). Jak słoneczne promienie spadając na ziemię, działają ożywczo na nią tak zapewne i uderzanie rózgą ma wywołać ten sam skutek, albo tylko ma na celu upostaciować to, co się dzieje w przyrodzie. Na trzeci dzień chodzą dziewczęta i kobiety, robiąc to samo, lecz czas ich chodzenia jest nader krótki, bo trwa dopóty, dopóki świnie z chlewa nie wyłażą; tymczasem mężczyźni chodzić mogą cały rok” – relacjonował etnograf.
Jaka była treść owych oraeyjów czyli przymówek? Oto przykłady:
„Małe my dziatki
Zbieramy kwiatki,
Po wsi roznosimy,
O dyngus prosimy.
Nie proszę o kozę,
Bo jej w torbę nie włożę,
Tylko o kiełbasę,
Co się nią trzy razy opasze.”
Oblewanie wodą przetrwało do dziś, najczęściej w miastach. Grupy nastolatków ganiają z wiadrami wody i oblewają kogo popadnie. To już nie jest kultywowanie tradycji, tylko chuligaństwo zagrożonym grzywną od 20 zł do 5 tysięcy. W cytowanych fragmentach zachowaliśmy oryginalna pisownię, nawet wówczas, gdy nie zgadzała się z zasadami współczesnej ortografii.
Tekst i fot. (jd)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze